365 dni opinia o filmie

365 Dni – opinia o filmie

Jak tylko zobaczyłam, kto będzie reżyserował ekranizację bestsellera Blanki Lipińskiej 365 dni, parsknęłam śmiechem. Kto trochę bardziej interesuje się filmem, na pewno kojarzy sławną już dyskusję pomiędzy reżyserką Barbarą Białowąs a Michałem Walkiewiczem, który skrytykował jej film “Big Love”. Ponad dziesięć minut żenady. I właśnie to Białowąs reżyseruje hit tegorocznych Walentynek. Czy to miało prawo się udać? Nie. Czy się udało? No… nie. Ręki Białowąs przy tym w sumie też nie widzę, ale skoro jest podpisana jako reżyser, to zakładam, że tak było.

Fabuła? Jaka fabuła?

Tutaj powinno znaleźć się jakieś streszczenie fabuły, ale… W sumie nie ma tu za dużo do streszczania. Włoski gangster, Massimo Torricelli, na łożu śmierci widzi twarz kobiety. Pięć lat później widzi ją na lotnisku i postanawia za wszelką cenę zdobyć. Ową kobietą jest Polka, Laura Biel, która przyleciała na Sycylię na wakacje. Przy pierwszej lepszej okazji Massimo porywa Laurę i daje jej 365 dni na zakochanie się w nim.

Czy ktoś na pokładzie ma Aviomarin?

Narzekania będzie w tej recenzji dużo, więc może zacznę od pozytywów. Tak, są jakieś! Po pierwsze sporo ładnych ujęć, szczególnie tych z Włoch. Choć miejscami operator zapewnia widzom taką karuzelę, że czułam się jak na filmie w wersji 4Dx – fotel się niby nie ruszał, ale zaczęło mi się kręcić w głowie. Po drugie muzyka. No, może poza piosenką z początku filmu, gdzie po scenie pełnej dramaturgii, puszczony jest kawałek w stylu wakacyjnego hitu. Ogółem była jednak całkiem fajnie dobrana i to na plus. Po trzecie – dwa promyczki wśród obsady, czyli Magdalena Lamparska w roli Olgi, przyjaciółki Laury oraz Otar Saralidze wcielający się w Domenico. Gdy ta dwójka była na ekranie, czerpałam minimum przyjemności z wydania dwudziestu złotych na ten film. Po czwarte – naprawdę dobra jakość dźwięku, a z tym w polskich filmach bardzo często jest problem. No i ogółem film pod kątem wizualnym jako tako zły nie jest. Udało się też kilka humorystycznych dialogów. Tylko co z tego, jeśli cała reszta leży i kwiczy?

Wióry lecą…

Zacznijmy od tego, że fabularnie ten film to straszna nuda. Dialogi w dużej większości tak drętwe, że aż zabawne i niestety bardzo często reagowałam śmiechem w scenach, gdzie chyba nie powinnam się śmiać. Michele Morrone w roli Massimo Torricelli chyba miał odwrócić uwagę damskiej części widowni od wszelkich niedociągnięć. Niestety, jego mimika bawiła mnie miejscami jeszcze bardziej niż dialogi. Ostatecznie jednak wywiązuje się ze swojej roli, a czy się komuś podoba mniej lub bardziej, to już kwestia gustu. W swojej recenzji Tomasz Raczek określił Annę-Marię Sieklucką drewnem i niestety muszę się z nim zgodzić. Chyba jedyne sceny, w których wydawała mi się bardziej przekonująca, to sceny z Magdaleną Lamparską. Nie wiem, może przy niej była bardziej wyluzowana. Przez większość filmu sprawia wrażenie spiętej i to niestety odbiło się bardzo mocno na jej grze aktorskiej. Przy naprawdę fajnej kreacji innej damskiej postaci granej przez Lamparską, Sieklucka wypada zwyczajnie blado.

Film erotyczny, a może jednak film o butach?

365 dni określane jest jako film erotyczny. Czy nim jest? Według mnie nie. Po prostu dostajemy tam trochę więcej nagich kobiecych piersi i męskich pośladków niż zazwyczaj. Większość scen seksu została upakowana w jakąś trzyminutową sekwencję testowania przez bohaterów łóżka i różnych powierzchni płaskich, z czego sporo ujęć z daleka. Za to z detalami oglądamy sobie na przykład buty. Mam wrażenie, że więcej czasu ekranowego poświęcono lokowaniu produktu w postaci Moliera 2, niż wszystkim scenom seksu razem wziętych. Albo po prostu tak mi się to dłużyło. Do tego dochodzi jeszcze scena, kiedy Olga wyciąga Laurę do spa na poprawę humoru i dostajemy kilka scen rodem z programu o metamorfozach.

Podsumowując, 365 dni nie jest filmem wartym uwagi. Nie interesuje opisaną w nim historią, nie porywa grą aktorską i niestety ładnymi widokami oraz muzyką nie da się tych dwóch pierwszych aspektów nadrobić. Czy wybiorę się na drugą część? Może w ramach eksperymentu, ale prędzej zaczekam na wydanie na jakimś serwisie VOD, bo wolę te dwadzieścia złotych wydać na kawę w Starbucksie.

Moja ocena: 2,5/10

JS