365 dni

Drzewo, które umarło na darmo – czyli bardzo zła książka: 365 dni

365 dni męki, absurdu, głupoty albo po prostu dramatu – tak powinna nazywać się ta książka. Gdy zaczynał się ten rok, nie myślałam, że spotka mnie tyle złych lektur, że postanowię stworzyć cykl Drzewo, które umarło na darmo, ani że tak łatwo stworzę top złych książek…

Gdy zobaczyłam, że na rynek wychodzi coś, co niby ma być polską wersja Greya to trochę „śmiechłam”, dosłownie mówiąc. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak źle to się zapowiada. Trochę mnie ciekawiła, trochę odpychała, nie do końca wiem, co bardziej. Niestety nie miałam, jak tego przeczytać tuż po premierze, a jeszcze więcej czasu zeszło mi z napisaniem recenzji. O co chodzi z tą książką? Czemu 365 dni trafiło do tego cyklu?

Laura wraz z przyjaciółmi i chłopakiem jedzie na wakacje do Sycylii. Świetnie się bawią, imprezują, alkohol się leje z butelek, a to wszystko po to, by w końcu odpocząć. Jednak drugiego dnia, pobytu dziewczyna zostaje porwana. Nie ma pojęcia, co dalej, kim jest oprawca, ani kiedy bliscy ją odnajdą. Prawda okazuje się zaskakująca. Porywaczem okazuje się Massimo Toricelli – mężczyzna ujrzał twarz Laury, gdy stał w obliczu śmierci. Kiedy wyzdrowiał, postanowił, że odnajdzie dziewczynę, którą zobaczył i sprawi, że będzie jego. Tych dwoje zaczyna walkę między sobą o to, kto pierwszy się podda. O to, czy Laura się zakocha w Massimo w ciągu 365 dni i czy będzie chciała z nim zostać.

Drzewo płakało, gdy umierało…

Ja nie wiem, czemu to zostało wydane. Przecież tu jeden absurd goni drugi. Poziom dram, głupoty i wszystkiego, co najgorsze w książkach przekracza normy. Wydawnictwo Edipresse jest dobrym wydawnictwem, wydają nie najgorsze powieści i nigdy na nich nie narzekałam. Jednak teraz zastanawiam się, kto tam wstępnie czyta książki i przede wszystkim kto stwierdził „tak, to jest to, wydajemy to!”. Ogromnie mnie ciekawi, co kierowało tymi ludźmi i co takiego tu dostrzegli. Bo nie ukrywając, ja nie widzę w tej książce nic dobrego. Nawet nie mogę powiedzieć, że plusem jest to, że się skończyła, bo jest drugi tom. Naprawdę tego nie rozumiem. Ani tego, dlaczego nawet autorka uważa tę książkę za dzieło sztuki.

Poziom absurdu zaczyna się od pierwszych stron, gdzie to główna bohaterka zostaje porwana, a chłopak i przyjaciele jej nie szukają, bo zostawiła liścik, że wraca sama do polski. Tak nagle, z d**y, foch i jadę do dom, nie szukajcie mnie… Czujecie już ten absurd? Kolejną głupotą według mnie, były sceny, gdzie główna bohaterka mdlała prawie zawsze, gdy zobaczyła broń, a nie daj Boże trupa. Puf, laska leży. A jakby było mało, to zgodziła się na układ z porywaczem. „Za 365 dni cię puszczę, jeśli się we mnie nie zakochasz”… No nie wiem, jak inne kobiety na świecie, ale gdyby mnie ktoś porwał, to raczej bym spokojnie nie jadła sobie lunchu z oprawcą. A już na pewno, nie myślałabym o tym, jakim to jest wielkim ciachem, przystojniakiem i w ogóle orgazm od samego patrzenia.

365 dni, to książka, która według mnie nie powinna się pojawić na rynku.

Nie rozumiem tego, że pojawił się drugi tom i planowany jest też trzeci. Nie wiem, co wydawnictwo myśli, że zarobi na tym, bo kontrowersja, bo antyreklama, to nadal kasa? Dla mnie to jedna wielka porażka, a to, że autorka reklamuję się na super pisarkę, cudotwórczynie i kogoś, kto pisze genialnie, to jest nie halo. Czy autor nie powinien być choć trochę skromny? Nie mówię, że powinien się wstydzić tego, co piszę, ale no kurczaczki, miejże kobieto trochę godności, bo uczenie, jak się robi loda na wizji na Facebooku, to nie jest fajne.

I już tak pomijając wszystkie wady tej książki, to brawa się należą dla tego, kto pisał opis na okładkę. To jest to dopiero bajka w stylu tych najlepszych. Prócz faktów, porwania i układu, no to nic się nie zgadza. Dla przykładu „Obrzydliwie romantyczna, skrajnie prawdziwa i inspirująca…”, zgadzam się tylko z pierwszym słowem, jest obrzydliwie… tragiczna.

Podsumowując, bo nie ma sensu tego ciągnąć, chociaż mogę długo wymieniać wady. 365 dni, to książka bez sensu, z dramami co pół strony. Dialogi, opisy są kiepsko napisane, denne i nudne. Rozmowy bohaterów są na poziomie dziecka, a nie dorosłych osób. Nie wspominając, że nie przypominają rozmów, jakie powinny być między oprawcą a ofiarą. Ogólnie mówiąc, była zła, okropna, nie powinna pojawić się na rynku wydawniczym. I uważam, że przez takie „krzywe” książki, wyrastają nam same półgłówki.

Moja ocena to 1/10. Gdybym mogła dać niżej, to bym dała, ale nigdzie nie da się wstawić 0. A u cieszę się ogromnie, że nie posiadam papieru, tej książki, bo nie miałabym z nią co zrobić innego, jak tylko spalić.

Pozdrawiam,

Wasza Dominika