#190 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki „Miłość i inne zadania na dziś” Kasie West – Patronat

„Chodź, pomaluj mój świat na żółto i na niebiesko…”

Wszyscy wiedzą, że kocham Kasie West, a jeśli ktoś nie wiedział, no to właśnie się dowiedział. Od pierwszej książki tej autorki poczułam wielką miłość, która nigdy mnie już nie opuściła. Czasem, przy którymś tytule byłam nieco zawiedziona, ale ogólnie zawsze sprawiają, że odzyskuje energię, poprawia mi się humor i jakoś tak lżej mi na duszy. Po cichu nazywam, Kasie West moim dilerem dobrego humoru, zawsze po jej książce mam chęć i siłę by zdobyć cały świąt. Po lekkim zawodzie, przy poprzedniej powieści, miałam ogromną nadzieję, że tym razem Kasie poszła na całość i dostanę całą masę pozytywnej energii. A jak było? Wszystko poniżej!
Abby jest artystyczną dusza i kocha malować. Jej marzeniem jest dostać się na dobrą uczelnie i wystawić swoje obrazy w galeriach. Jako, że jest jeszcze młoda i szef galerii w której pracuje, powiedział jej, że obrazom brakuje głębi, Abby postanawia zrobić listę rzeczy, które musi osiągnąć przez wakacje, by stać się bardziej doświadczoną osobą. Pomaga jej w tym w przyjaciel – Cooper, który nie do końca rozumie tę listę, ale pomaga Abby. Jedną z rzeczy na liście jest złamane serce, które jest już wykreślone gdyż Abby kocha się w Cooperze i już mu o tym powiedziała, ale on myśląc, że to żart, wybuchł śmiechem. Ta dwójka jest jednocześnie najlepszymi przyjaciółmi, bliskimi duszami, ale i dwójką osób, które ogromnie się od siebie różnią. On kocha adrenalinę, a ona woli spokojne atrakcje, on woli szaleć, a ona potrafi usiąść i cały dzień malować. Ta dwójka ma niewiele ze sobą wspólnego, a jednak potrafią spędzić ze sobą cały dzień i się nie znudzić. Co przyniesie ze sobą lista Abby? Jak te rzeczy wpłyną na ich relacje i przede wszystkim… Czy Cooper zrozumie, że Abby wcale nie żartowała, gdy wyznawała mu miłość?

Najpierw pojawiły się promienie – wyciągnęły się na skraju góry, wyglądając teraz tak, jakby stawała w ogniu. A potem powoli, milimetr po milimetrze, zaczęło pokazywać się samo słońce. Sprawiało wrażenie mniejszego, niż się spodziewałam, ale im wyżej się podnosiło, tym bardziej jaśniało niebo. Pierwszy raz, odkąd się tu znaleźliśmy, usłyszałam nad nami świergot ptaków. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby świat tak nabierał życia.”

Pisać opisy książek Kasie jest niesamowicie ciężko. Kocham je czytać, ale opowiadanie o nich jest dużo gorsze. Moim zdaniem by najlepiej poznać twórczość tej pani należy po postu przeczytać jej książki! Dodatkowo muszę się przyznać, że poprzednia powieść Kasie nie była jakaś spektakularna, i ciut się zawiodłam, jednak tym razem nastąpił wielki powrót mojej ukochanej autorki, która wie jak sprawić bym się uśmiechnęła! Bardzo, ale to bardzo podobał mi się motyw z malowaniem, z przedstawianiem obrazów, tego co widzi bohaterka. To chyba był mój ulubiony wątek w tej książce. Kolejny ogromny plus, za kreacje bohaterów, w tym wielki za główną bohaterkę, która nie była idiotką jak w wielu powieściach, które ostatnio czytałam. Miała mózg i go używała! Fakt, były momenty, gdy zachowywała się jak typowa nastolatka, ale można jej to wybaczyć, bo właśnie nią jest.
Kasie West jest pisarką, po którą sięga wiele czytelników, wydawca dostaje maile kiedy następna książka, a gdy już taką dorwiemy, to nie czekamy, tylko od razu zabieramy się za czytanie! Tak właśnie jest ze mną. Gdy już dostanę w łapki jakąś jej powieść, to nie mogę się oderwać aż do ostatniej strony. Bardzo się cieszę, że tym razem stało się tak samo. Wiem, że w kółko mówię raczej o tym samym, ale jakoś nie mogę się skupić na niczym innym. Jestem tak bardzo rozleniwiona i radosna po tej lekturze, że po prostu nie umiem sensownie pisać, nie umiem wytykać błędów. Za to mam ochotę iść obejrzeć wschód słońca – ci co będą mieli tę książkę za sobą, zrozumieją o co chodzi (swoja drogą, uważam, że to najlepsza scena z Miłość i inne zadania na dziś.).

„Przeczytałam, raz i drugi, listę zrobioną poprzedniego dnia. Miałam nadzieję, że połączenie wymienionych na niej najlepszych cech osób ważnych w moim życiu przemieni mnie, na podobieństwo potwora Frankensteina, w jakąś wersję ich samych. Taką niestraszną. Na liście widniało jedenaście punktów. Praktycznie dziesięć, jeśli nie liczyć tego, które już odhaczyłam. Jak uzyskać głębię w dziesięciu krokach… co najwyżej. Liczyłam na to, że wystarczy mniej”

Jednakże nie mogę skupić się na samych zachwytach i zejść na ziemie. Trzeba wspomnieć o kilku aspektach tej książki. Miłość… jest powieścią bardzo dobrze napisaną, autorka zrobiła prawdziwy resaerch na temat malarstwa, strachu przed wychodzeniem z domu, wojskowych, czy nawet o quadach. Dla mnie, piątka z plusem za przygotowanie. Czasem w tej książce irytował mnie Cooper, który jakby wcale nie widział tego, co się dzieje z Abby, jakby nie widział albo nie chciał widzieć, jakim uczuciem dziewczyna go darzy. Bardzo, ale to bardzo polubiłam postać wprowadzoną w połowie książki i uważam, że idealnie się sprawdziła w roli mentora i pomocnika dla Abby, by ta nie była zależna od Coopera.
Podsumowując, bo nie ma sensu dalej się zachwycać (choć mogłabym), wszyscy, którzy przeczytają tę recenzję, będą wiedzieć, że A) kocham Kasie West. B) kocham jej książki. I C) polecam tę książkę. Poważnie, jeśli wcześniej nie znaliście tej autorki czy jej twórczości, to koniecznie nadróbcie.
Moja ocena to 10/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Feeria Young
Autor: Kasie West
Oryginalny tytuł: Love, Life and the List
Stron: 415
Za książkę dziękuję