#179 Nie do końca dobra rozrywka – Recenzja książki „Rozgrywka” J. Sterling

Miała być super rozgrywka, a drużyna schodzi z boiska przegrana.

Ostatnio straszna cisza na blogu, ale postaram się to nadrobić i do końca roku wstawić nie tylko recenzje, ale jeszcze jakieś książkowe posty. Niestety moje zdrowie trochę szwankowało w ostatnim czasie, co wiedzą ci, którzy śledzą mnie na Facebooku. Siły i chęci mnie opuściły, a ja długo się zbierałam by w ogóle otworzyć Worda. Jednak w Black Friday trafiłam na promocję w Empiku 3za2 i nie powstrzymywałam się. Zakupiłam dziesięć książek, a gdy przyszły zabrałam się za tą, która najbardziej mnie ciekawiła i słyszałam o niej wiele dobrego. Rozpakowałam karton, wyciągnęłam wszystko i prawie, że od razu zaczęłam czytać Rozgrywkę, która miała mi zapewnić dzień pełen wrażenie, mnóstwo emocji i przedstawić niesamowitą historię, która podbiła serca czytelniczek w USA. A co mi przyniosła? No właśnie…
Cassie kocha fotografie. Uwielbia uwieczniać dane chwile na zdjęciach, zwiąże z tym przyszłość i dlatego też jest na takim kierunku studiów. W przyszłości chce jeździć po świecie i robić zdjęcia, które zmieniają życia. Nie dopuszcza do siebie chłopaków, uważa ich za komplikacje, szczególnie z dala trzyma się od aroganckich i zadufanych playboy’ów, którzy zaliczyli cały collage. Jednak na jej drodze staje przystojny, irytujący i pewny siebie Jack, gwiazdor drużyny baseballowej, będący wszystkim, czego Cassie nie lubi w facetach. Im bardziej Jack chce się zbliżyć do dziewczyny, ta go odpycha i mówi, że nie jest zainteresowana. Ale tak naprawdę sama siebie okłamuje, gdyż on jej się podoba, nie może zapomnieć o jego oczach i dołeczkach. W końcu ulega i umawia się z nim na randkę, która jest początkiem czegoś, co łączy ich oboje i nie tylko.

Zwróciłeś kiedyś uwagę na to, jak piękne bywają słowa? Jak łatwo jest mówić coś, co się wie, że ktoś chce usłyszeć? Jak kilkoma marnymi zdaniami można wpłynąć na czyjeś całe życie? Ale kiedy w ślad za nimi nie idą czyny, słowa są zupełnie bezużyteczne. To tylko dźwięki i sylaby. Nieznaczące zupełnie nic.”

Opis wydaje się interesujący, prawda? Typowe NA, albo nawet YA i nic dziwnego, że się skusiłam. Szczególnie, że zaprzyjaźnione blogerki reklamowały i mówiły, że świetna książka, polecają itd. Tylko, że chyba urwałam się z choinki, bo totalnie mi się nie podobało. Nawet sobie nie wyobrażacie, jakie ona zawiera absurdy, nie mówiąc o dialogach, które w niektórych momentach są sztuczne i nudne. Muszę przyznać, że zdarzyło się parę sytuacji, przy których się zaśmiałam, a jedną nawet bardzo mnie rozbawiła, ale im dalej brnęłam tym bardziej czułam niesmak. Wątki, jakie wymyśliła autorka są po prostu absurdalne, nie da się inaczej powiedzieć. Pojawia się tyle sytuacji, które są bezsensu, nie mówiąc, że są przekombinowane. Jakby autorka chciała napisać książkę, ale nie miała za bardzo pomysłu na całość, więc wplotła tam wszystko, na co tylko wpadła. W tej chwili nie przesadzam, gdy opowiadałam koleżance, co jest w środku, to był jeden wielki WTF.
Rozgrywka miała być super powieścią, która rozkocha moje serce, przedstawi super fabułę i sprawi, że nigdy o niej nie zapomnę. Okładka, reklama, wszystko pięknie. Tylko, że zamiast zaliczenia bazy spotkała mnie gleba. Nie wiem szczerze, czym inni się zachwycali i nie mam pojęcia, co widzą w tej książce, choć jedno jest pewne – na pewno o niej nie zapomnę… Dla mnie to zlepek wielu wątków, które zostały wykorzystane w jednej historii, przez co stała się naciągana, nudna i strasznie irytująca. Tak samo zresztą jak główna bohaterka. Autorka może i miała fajny pomysł, mogła z tego zrobić fajną powieść, ale przekombinowała i szczerze się boję, co może być w kolejnych tomach. Obawiam się, że cała ta seria będzie utrzymana na takim samym poziomie i zamiast wartościowych historii spotkam oklepane wątki, różnych książek złożone w jedno.
Teraz powiedzmy trochę o bohaterach. I w tym akapicie nie będzie lepiej… Cassie jest Boże, jaka ona jest irytująca. Wiem, że są różne bohaterki, które są irytujące, a ich rozchwianie emocjonalne jest dość skrajne, ale Cassie przebija je wszystkie. W jednej chwili krzyczy, wyzywa, a zaraz płacze i czuje się winna, albo rozmawia i nagle drze się, bo ktoś powiedział coś nie tak (przeważnie Jack). Rozumiem, że kobieta, że hormony, ale też jestem kobietą, moje przyjaciółki są kobietami, ale nie traktujemy ludzi, jakbyśmy miały rozdwojenie jaźni i w nas walczyły dwie osoby i jedna jest ciągle zła, a druga potulna. Co do Jacka to typowy fuckboy, która pojawia się w powieściach. Uroczy, nadgorliwy, nadopiekuńczy i w niektórych momentach totalna c**a. Nie wiem czemu, ale każda autorka, kreuje sportowców na takich samych dupków, którzy nagle się zakochują i zmieniają o 180stopni.

-(…) jestem pokiereszowana.
– Wszyscy jesteśmy. Stąd wiemy, że żyjemy. Miłość to prawdziwe pole walki! (…) Nasze blizny nie pokazują nam kierunku, w którym powinniśmy zmierzać, Cass, lecz przypominają, skąd przyszliśmy.”

Mogłabym dużo opowiadać, co mi się nie podobało, co bym zmieniła, ale po co? Wypisałam już dużo rzeczy, które mi się nie podobały, i może kiedyś, gdy J. Sterling podszkoli się w pisaniu i tworzeniu fabuł, sięgnę po jej książki, ale w tej chwili… raczej będę unikać jej twórczości. Jedno tylko muszę przyznać, że autorka zna się na sporcie i to jedyna dziedzina w tej powieści, gdzie czułam się usatysfakcjonowana.
Moja ocena to 4/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: SQN
Autor: J. Sterling
Oryginalny tytuł: The Perfect Game
Stron: 304
Data premiery: 25 październik